Moja Mikaszówka
Jak sięgam pamięcią życie mojej rodziny zawsze było związane
z lasem wodą i uprawą ziemi. Podstawowym źródłem jej utrzymania jest las i woda, chociaż Mikaszówka powstała jako osada przemysłowa.
Pierwsze wzmianki pochodzą z 1668 roku. Wymienia się tam Rudę Mikaszewską, hutę żelaza przerabiająca rudę darniową.
Na przełomie XVII i XVIII wieku Mikaszówka należała do zakonu kamedułów węgierskich
i przynosiła całkiem niezły dochód. Prawdopodobnie była największą hutą
na terenie puszczy Perstuńskiej i Przełomskiej, i wszystko to jest prawdą, bo
w "kanaliku" do dziś można zobaczyć odpady powstające w czasie
wytopu rudy darniowej, a woda wypływająca ze źródeł zawsze "zażelaziona".
Huta czynna była do 1826 roku.
Reszta terenu, łącznie z jeziorami, należała do majątków królewskich. I
jak to zwykle bywa z" dwuwładzą" zaczął się konflikt, który od
1695 roku przerodził się w jawny spór. Łowczy litewski "najechał
rudników i smolarzy, wziął od nich 5 talarów, wypił beczkę piwa, spalił 2
szopy na siano". W 1715 roku król August II rozstrzygnął spór odbierając
Mikaszówkę kamedułom. O Mikaszówkę toczył spór również książę
Radziwiłł, ale był to raczej spór formalny, bo i tak w puszczy żyli ludzie
wolni i niezależni: smolarze, rudnicy, bartnicy, rybacy i myśliwi.
Szalony XVIII wiek (rozbiory kraju, sejm czteroletni, konstytucja 3 maja) wciskał
ten skrawek zawsze polskiej ziemi raz pod zabór pruski, raz rosyjski, by po
Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku przypisać go do Królestwa Polskiego, województwa
augustowskiego.
Królestwo Polskie z rządem zwanym Radą Administracyjną to dla Mikaszówki
przełomowy moment. W latach 1824-1830 wybudowano polską drogę wodną Wisła -
Niemen zwaną Kanałem Augustowskim. Jest to największe przedsięwzięcie inżynieryjne
XIX wieku. Wprawdzie nie przyniosło spodziewanych efektów ekonomicznych Królestwu,
gdyż Prusy odstąpiły od wojny celnej, ale dzięki tej budowie nastąpiło ożywienie
gospodarcze tych stron. Przy kanale pracowało około 4000 ludzi. Zapewne
pracował mój prapradziadek Józef przy budowie śluz. Na pewno podglądał
nowinki techniczne zastosowane przy budowie, podziwiał talent organizacyjny
oficerów i podoficerów Korpusu Inżynierów, oraz wysiłek kopaczy, na których
spoczywał ciężar wykonania przekopów. Dzięki tym wszystkim ludziom możemy
dziś oglądać wspaniały zabytek sztuki hydrotechnicznej. Wprost unikalny,
bowiem zachowany w całości, w niezmienionym kształcie i wyglądzie od 170
lat.
Kanał Augustowski gospodarczo wykorzystywany był do końca lat osiemdziesiątych
XX wieku. Kanałem przewożono towary handlowe oraz spławiano drewno wycięte
Puszczy. Ruch musiał być bardzo duży, skoro przemysłowcy leśni guberni
Grodzieńskiej wystąpili w 1906 roku do ministerium komunikacji z podaniem o
"uregulowanie ruchu spławnego na Kanale Augustowskim. Za pośrednictwem
Kanału Augustowskiego i Wisły przemysłowcy leśni z gub. Grodzieńskiej spławiają
drzewo do Torunia i Gdańska. Największe trudności spławu polegają na tym,
że spław trwa do 15 tygodni. Z powyższych względów transporty drzewa
przychodzą do Torunia ze znacznym opóźnieniem, co ujemnie wpływa na pokup
drzewa z lasów guberni grodzieńskiej".
Do końca lat 50 XX wieku, do ciągnięcia tratw i barek wykorzystywano konie,
które szły "wałem", czyli brzegiem kanału. Wały musiały być
czyste, bez drzew, zabezpieczone faszyną, a zakręty zabezpieczone palami, żeby
tratwy nie wbijały się w brzegi. W latach sześćdziesiątych funkcje koni
przejęły holowniki, a później zaniechano spławu drewna na rzecz
samochodowego transportu ciężarowego. Wały porosły drzewami, kanał
wykorzystuje się tylko turystycznie, a atmosfera holowania i śluzowania tratw,
ostre charaktery flisaków, ich śmieszne czasami przygody z wodą odeszły na
zawsze. Chcę więc przypomnieć jak wyglądało gospodarcze wykorzystanie Kanału
Augustowskiego, widziane moimi oczami.
W okolicach Mikaszówki, na kanale, Czarnej Hańczy, Szlamicy były miejsca składowania
i przygotowywania drewna do spławu tzw. "bindugi". Jedyne warunki
bindugi to stromy brzeg i sporo miejsca do składowania. Dzisiaj miejsca te, to
najczęściej pola biwakowe, albo polany leśne, przywodne, z wolna porastające
krzewami. Na bindugi jesienią i zimą zwoziło się drewno tzw. "dłużycę".
Ogromne sztuki sosen, świerków, brzóz, rzadziej dębów i jesionów układało
się równolegle do brzegu kanału, rzeki czy jeziora. W języku oryli i wozaków
nazywało się to "rejowaniem". Im mniejsza przestrzeń bindugi, tym
reja była wyższa.
Pracowało się całymi rodzinami, od rana do wieczora. Tych, których stać było
na kupno i utrzymanie konia zajmowali się wywózką drewna i tych nazywano
wozakami albo furmanami. Na pytanie obcego gdzie ojciec, zawsze odpowiadałem
pojechał do wywózki. Wyjeżdżało się o godz. 6 rano, powrót o godz. 16,
17, w zależności od odległości w jakiej znajdował się zrąb, czyli wycinka
drzew, i na którą bindugę trzeba było drewno zwozić.
Po powrocie następowało oporządzenie konia - najważniejszego członka
rodziny. Potem obiad i ceremonia liczenia "fesmetrów", czyli metrów
sześciennych wywiezionego drewna. Z szuflady stołu kuchennego ojciec wyjmował
kubaturę, gotowy mnożnik średnicy i długości wywiezionych sztuk i wychodził
efekt jego całodziennej, ciężkiej pracy. Na czynność tę składała się
praca wielu ludzi. Najpierw do wyznaczonego przez leśników obszaru wchodzili
pilarze. Do połowy lat sześćdziesiątych drzewa wycinało się piłami ręcznymi.
Później wprowadzono piły motorowe. W ściętym drzewie obcinało się
wszystkie gałęzie i tak przygotowana sztuka była odbierana przez gajowego lub
leśniczego. Mierzył ją i "ocechowywał", czyli umieszczał wymiary
na pniu sztuki, w gwarze leśnej zwanej "komlem".
Muszę przyznać, że zawsze miałem problemy z odgadnięciem ile festmetrów ma
dana sztuka, więc nie zajmowałem się wywózką drewna.
Odebrane sztuki ładowało się na wóz lub sanie. Do połowy lat pięćdziesiątych
załadunek odbywał się ręcznie, był więc pokazem zręczności wozaków w
posługiwaniu się drągami, wymyślnymi podstawkami i dźwigniami, mimo to
potrzeba było ogromnej siły fizycznej, żeby kilkutonowy kloc włożyć na wóz.
Potem stosowano tzw. windy. Urządzenie to ułatwiało znacznie pracę, jednocześnie
czyniąc ją lżejszą. Ściągniętą do kupy określoną ilość drzew związywało
się łańcuchem i za pomocą windy podnosiło się na wysokość umożliwiającą
podjechanie "przodkiem". Wóz był specjalnie przygotowany do wożenia
dłużycy. Składał się z "przodka" i "tyłka". Tyłek miał
przymocowane urządzenie do kierowania, najczęściej były to dwa wygięte drągi,
złączone u góry. Na przodek ładowało się komle, na tyłek wierzchy.
Zimą zestaw do wywózki składał się z sań przednich dużych, oraz sań
tylnych małych tzw. suki, z urządzeniem do kierowania, trochę inaczej
skonstruowanym niż na wozie.
Ciężka praca w lesie trwała od późnej jesieni, do wczesnej wiosny. Gdy zginęły
lody pilarze i wozacy zamieniali się w oryli i zaczynał się ruch na bindugach.
Do lasu wkraczały kobiety z pracami porządkowymi: pieleniem, sadzeniem lasu,
zakładaniem szkółek.
Bardzo lubiłem oglądać spuszczanie sztuk do wody bo czynność ta była
bardzo dynamiczna i widowiskowa. Najpierw na wodzie tworzono zagrodę tzw. oborę,
po to, żeby spuszczone drewno rozpłynęło się po całym kanale, rzece czy
jeziorze. Udział w spuszczaniu brało dwóch ludzi z końmi, ustawiając się
po obu stronach reji. Na końce sztuk zakładano łańcuchy z dużymi pętlami,
aby w każdym momencie - odejściem w bok - można było łańcuch ze sztuki ściągnąć.
I toczono sztukę równiutko do połowy góry, a kiedy nabierała rozpędu, to
konie i ludzie uciekali w bok, a sztuka wpadała z wielkim impetem do wody.
Towarzyszył temu głuchy huk toczącego się drewna, parskanie koni,
pokrzykiwania furmanów, nierzadko okraszone przekleństwem, wielkie fontanny
wody. Im wyższa i bardziej stroma była binduga tym widowisko ciekawsze. Szczególnie
atrakcyjne bindugi były w Jazach i na Kudrynkach oraz w Mikaszówce koło
"Ludwika" - dziś pola namiotowe.
Gdy obora była pełna zaczynały się prace przy zbijaniu tratw. Oryl miał do
dyspozycji buty gumowe oraz bosak na długim kiju. Stojąc na jednej sztuce luźno
pływającej po wodzie łowił następne sztuki i zbierał je do kupy, formując
z nich tratwę, która złączona była na różne sposoby, najczęściej prętami
metalowymi przy komlu, w środku i wierzchach. Na tratwę składało się 10-12
sztuk. Tratwy łączono w transporty składające się z kilkudziesięciu tratw
i holowano do jeziora Białego, gdzie na Lipowcu (dzielnica Augustowa)
wybudowany przez Niemców tartak przerabiał prawie całe drewno spławiane Kanałem
Augustowskim.
Piotr Turowski
Taką zachowałem w pamięci "moją" Mikaszówkę. A jaka jest obecnie? Myślę że równie atrakcyjna (proszę obejrzeć zdjęcia okolic Mikaszówki)! Przekonajcie się Państwo sami! Jeśli chcecie uciec od wielkomiejskiego gwaru, poznać życzliwych ludzi, nacieszyć się pięknem natury odwiedźcie nas! Proponujemy wspaniały wypoczynek!
ZAPRASZAMY
Piotr Turowski
e-mail: TurdeTur@wp.pl
tel. 087 641 76 21
087 567 91 77
0604 55 22 38
© 2001 Pakoma